Wczoraj opisałam historię z opóźnionego pociągu z Warszawy do Zegrza. Dwóch nastolatków stojących obok mnie, wpatrzonych w ekran z hipnozą w oczach. Kiedy zapytałam jednego z nich, po co gra przez 4–5 godzin dziennie, odpowiedział z rozbrajającą, dziecięcą szczerością: „Dla zabicia czasu”.
To zdanie uderzyło we mnie z siłą obucha. Zarówno w mamę, jak i w psycholożkę. Zabijanie czasu? W wieku, w którym cały świat powinien pachnieć przygodą, ciekawością i odkrywaniem samego siebie? W świecie, który jest tak kruchy, piękny i w którym tego czasu wiecznie nam brakuje?
Po tym wpisie moja skrzynka odbiorcza dosłownie zapłonęła…
Napisał do mnie ojciec:
„U mnie jest tragedia… gdybym wiedział, to bym w życiu nie dał telefonu. Kiedyś rozmawiałem ze specjalistami, mówili, że świat pędzi i żeby racjonalnie się rozwijał, musi go mieć. Syn mając 10 lat nakupował gierek na 3 tysiące złotych. Szantażował nas, że go nie kochamy, bo inni mają. Został uzależniony. W telefonie pościągał kody uniemożliwiające kontrolę rodzicielską. Oni tam wiedzą tyle, że ja nie nadążam…”
Napisała do mnie młoda, wchodząca w dorosłość kobieta:
„Dostałam telefon w 3–4 klasie podstawówki, zdecydowanie za wcześnie i mam teraz o to pewien żal do rodziców. Nikt nie kontrolował tego, ile z niego korzystam i stało się to oczywiście uzależnieniem. Najgorszym uczuciem jest to, że już jako nastolatek widzisz, jak twoje życie przelatuje ci przez palce, a ty myślisz, że nie czeka cię nic ciekawszego, bo ekran daje tyle bodźców…”
I napisała mama, która wciąż walczy:
„Moi synowie są jedynymi w klasie bez telefonów. Nauczycielki mówią, że widać ogromną różnicę między nimi a dziećmi z telefonami. Dzięki Twojemu wpisowi nie czuję się już jak dinozaur, który jeszcze nie dał się złamać…”
Wiadomości było dużo więcej, ale te trzy wiadomości to nie są odosobnione przypadki… To portret współczesnego dzieciństwa… macierzyństwa… (każda osoba, która napisała do mnie zgodziła się na anonimowe opublikowanie wiadomości, dzięki czemu powstał ten wpis).
Liczby, które bolą…
Jako psycholożka nie lubię straszyć, ale są dane, obok których nie wolno nam przejść obojętnie. Z ogólnopolskiego raportu NASK „Nastolatki 3.0” wynika, że polski nastolatek spędza w internecie w dni powszednie średnio ponad 5 i pół godziny dziennie, a w weekendy ten czas przekracza 6 godzin!!!
Zatrzymajmy się na chwilę przy tej liczbie. 5,5 godziny dziennie. Jeśli dodamy do tego 7–8 godzin w szkole i 8 godzin snu… dziecku zostaje zaledwie kilkadziesiąt minut na całe realne życie. Na rozmowę przy obiedzie, spacer z psem, spojrzenie w chmury, nudę, przeczytanie książki, kontakt z rodzeństwem…
Z punktu widzenia neurobiologii oddanie dziecku smartfona bez przygotowania to wrzucenie go do oceanu z rekinami. Kora przedczołowa to część mózgu odpowiedzialna za hamowanie impulsów, racjonalną ocenę konsekwencji i samokontrolę, rozwija się aż do około 25. roku życia! Naprawdę tak długo! Jak możemy oczekiwać od 10- czy 12-latka, że sam wygra z algorytmami TikToka, YouTube’a czy gier mobilnych, nad którymi pracują najtęższe umysły inżynierii behawioralnej Doliny Krzemowej, opłacane miliardami dolarów tylko po to, by przykleić wzrok do matrycy?
To nie jest równa walka. Dziecko nie ma w niej biologicznych szans!!!
Dlaczego nasz syn dostał smartfon dopiero w wieku 12 lat?
Nasz syn, przez lata rósł analogowo. Był chyba jedynym chłopcem w swoim roczniku, który w 3. i 4. i 5 klasie nie miał własnego telefonu. Słyszeliśmy nieraz z boku pełne troski pytania: „Czy wy go nie wykluczacie cyfrowo?”. Serio! O to mnie pytali ludzie…
Nie wykluczaliśmy go. Dawaliśmy mu czas na zbudowanie korzeni. Dzięki temu nauczył się sam jeździć pociągami, sprawdzać tradycyjne rozkłady jazdy, rozmawiać z konduktorem i pytać przechodniów o drogę bez lęku w oczach. Nauczył się nudzić, a z tej nudy rodziła się wyobraźnia, książki i pasje…
Kiedy w końcu nadszedł moment, że smartfon stał się potrzebnym narzędziem, nie wręczyliśmy mu go po prostu w pudełku z kokardką ze słowami: „Masz, baw się dobrze”…
Usiedliśmy we trójkę ( a tak naprawdę w piątkę, aby rodzeństwo było światkami: ja, mój mąż i nasze dzieci) i podpisaliśmy „Umowę Odpowiedzialnego Użytkownika Telefonu”.
Nie zrobiliśmy tego z braku zaufania. Zrobiliśmy to z ogromnej miłości i odpowiedzialności. Ponieważ mądre granice to nie kajdany to barierka na skraju przepaści… a taka umowa to przede wszystkim potraktowanie młodego człowieka niezwykle poważnie. To otwarcie drzwi do niezależności…
Wręczenie dziecku smartfona bez przygotowania i bez zasad jest trochę jak danie szesnastolatkowi kluczyków do potężnego samochodu tylko dlatego, że zdał egzamin i ma w kieszeni prawo jazdy. Ostatnio byłam świadkiem dramatycznego wypadku: nastolatkowie w mocnym Audi A6. Ktoś im zaufał, ktoś im dał ten samochód, ktoś uznał, że są gotowi. A jednak brawura, brak doświadczenia i niedojrzały układ nerwowy wzięły górę. Na tym też polega młodość… na popełnianiu błędów i ponoszeniu konsekwencji… Jako rodzice wiemy, że w pewnym momencie musimy zrobić krok w tył, zaufać i pozwolić dziecku wchodzić w dorosłość. Nie odetniemy go od świata pod kloszem.
Ale nie możemy wypuścić go na autostradę bez solidnego kursu jazdy, bez pasów bezpieczeństwa i bez ogranicznika prędkości. Wolność bez edukacji i bez jasnych ram nie jest wolnością, jak dla mnie jest porzuceniem. Zaufanie musi iść w parze ze świadomą kontrolą, rozmową i obecnością, dopóki młody człowiek nie nauczy się sam bezpiecznie kierować tą maszyną…
O czym mówi nasza umowa?
Nasz kontrakt to nie suchy regulamin kar i nakazów. To filozofia tego, jak chcemy żyć w cyfrowym świecie. Znalazły się w nim zasady, które dla wielu mogą brzmieć surowo, ale dla nas są fundamentem:
- Telefon to narzędzie, a nie konsola do gier i pożeracz uwagi: Służy do kontaktu z nami, do szkoły (Librus), do samodzielności w mieście (Jakdojade, Mapy), do szachów, języków czy audiobooków. Zero gier „zabijaczy czasu” i bezwzględne zero social mediów (żadnego TikToka, Instagrama, Snapchata) Tak moje dziecko nie ma TiK Tok!
- Priorytet żywego człowieka: Człowiek stojący obok zawsze wygrywa z pikselem na ekranie. Gdy ktoś z nas mówi to odkładamy telefon i patrzymy w oczy.
- Zero ekranu i słuchawek w ruchu: Na przejściach dla pieszych, peronach kolejowych, ulicy telefon leży w plecaku . Zakaz odcinania się oboma słuchawkami: bezpieczeństwo wymaga kontaktu z rzeczywistością.
- Higiena snu i poranków: Dzień nie zaczyna się od ekranu. A wieczorem telefon kładzie się spać najpóźniej o 20:30 i nocuje poza sypialnią, ładując się w kuchni. Noc jest na odpoczynek i regenerację mózgu.
- Książki przed ekranem: Czytanie trenuje skupienie, którego technologia nie zbuduje. Obowiązuje stały nawyk: minimum jedna książka na dwa tygodnie.
- Zasada bezpiecznej przystani: Jeśli w sieci wydarzy się cokolwiek trudnego, złego albo syn sam popełni błąd to przyjście do nas nigdy nie skończy się karą ani odebraniem telefonu. Zaufanie i szczerość są ważniejsze niż jakiekolwiek urządzenie.
- Prywatność innych: Nie robię zdjęć ani nie nagrywam kolegów, nauczycieli ani nikogo innego bez ich wyraźnej zgody. Nie przekazuję dalej cudzych materiałów ani złośliwych komentarzy. Nigdy nie przekazuję cudzych kompromitujących materiałów dalej.
W umowie jasno zapisaliśmy też jedno: posiadanie smartfona to przywilej związany z dojrzałością, a nie bezwarunkowe prawo. Jeśli zasady przestaną działać, wracamy bez złości do prostego telefonu klawiszowego… Jeśli ktoś z Was chciałby otrzymać pełen kontrakt (zawiera około 20 punktów), o którym wspominam tu, to dajcie znać w komentarzu lub wiadomości prywatnej. Chętnie podeślę go rodzicom, którzy chcą świadomie wprowadzać dzieci w świat technologii… sama kiedyś bardzo chciałabym dostać taki gotowy wzór od kogoś bardziej doświadczonego…
Nie bójmy się być „dinozaurami”
Drodzy Rodzice, piszę to do Was z głębi serca.
Wiem, jak ogromna jest presja. Wiem, jak trudno wraca się po 9 godzinach pracy i zamiast włączyć dziecku bajkę czy dać telefon do ręki, stawia się granicę i znosi dziecięcy bunt, łzy i krzyk: „Bo wszyscy w klasie to mają!”. Wiem, jak łatwo wpaść w poczucie winy, że czegoś dziecku odmawiamy.
Ale zobaczcie na słowa tej dorosłej dziewczyny wyżej…: „Mam teraz o to żal do rodziców… nikt tego nie kontrolował”. I na słowa tego zmęczonego taty: „Gdybym wiedział, w życiu bym nie dał”…
Dzieci nie potrzebują od nas uległości. Dzieci potrzebują dorosłych, którzy będą przewodnikami po świecie; którzy wezmą na swoje barki ciężar bycia „tymi niefajnymi”, byle tylko ochronić ich układ nerwowy, ich sen, ich relacje i zdolność do przeżywania zachwytu nad zwykłym dniem.
Telefon to wspaniały wynalazek ale pod warunkiem, że to my używamy jego, a nie on nas…
Jeśli dziś czujesz się samotnym „dinozaurem” na zebraniu w szkole, bo nie zgadzasz się na smartfony na przerwach… nie poddawaj się… Robisz dla swojego dziecka coś najcenniejszego na świecie: ratujesz jego dzieciństwo przed zabiciem czasu...
(Jeśli chcecie zobaczyć, jak dokładnie sformułowaliśmy naszą domową umowę, napiszcie w komentarzu: chętnie podzielę się naszym wzorem).
A jak to wygląda w Waszych domach? Czy rozmawiacie z dziećmi o higienie cyfrowej, czy ten temat Was przytłacza? Porozmawiajmy w komentarzach.
P.S. Co zrobić, gdy czujesz, że technologia Cię przerasta?
Wielu rodziców pisało do mnie w poczuciu bezradności: „Nie znam się na telefonach, dzieci łamią każde zabezpieczenie, po prostu nie nadążam”. Jeśli jesteś w miejscu, w którym czujesz, że tracisz kontrolę nad czasem ekranowym dziecka, a rozmowy nie wystarczają to nie bój się sięgnąć po technologiczne wsparcie. Narzędzia takie jak np. Kids Alert czy wbudowane aplikacje kontroli rodzicielskiej nie powstały po to, by szpiegować dziecko w ukryciu. Mają być pasem bezpieczeństwa. Usiądźcie razem, powiedz wprost: „Instalujemy to oficjalnie, żeby chronić twój sen i czas, bo bardzo cię kocham i nie pozwolę, by algorytmy decydowały o twoim życiu”. Technologia stworzyła ten problem, ale mądrze użyta, może też pomóc nam postawić pierwsze, twarde granice, gdy brakuje nam sił!
