Czy musimy wiecznie się naprawiać? O zmęczeniu samorozwojem…

Zmęczenie samorozwojem

Czy masz czasem po prostu dosyć? Dosyć wszechobecnego przymusu pracy nad sobą, nieustannego ulepszania swojego życia, bycia coraz bardziej świadomą, zorganizowaną, poukładaną i „przepracowaną”? Od jakiegoś czasu czuję wokół siebie ogromne, ciche zmęczenie…

Po latach zachłyśnięcia się poradnikami, kursami, mądrymi pojęciami i wiedzą o zdrowiu psychicznym, w wielu z nas pojawia się przesyt. Tak jakbyśmy z własnego życia uczyniły niekończący się projekt do zrealizowania, a z siebie samych taki wieczny plac budowy, na którym ciągle coś trzeba poprawić, dociąć i zoptymalizować. A przecież miało chodzić o to, żeby po prostu lepiej i spokojniej żyć…

Iluzja „fancy” świata

Obserwuję to, co dzieje się wokół, i widzę, jak bardzo współczesny świat ubrał spotkania i rozwój w komercyjny blichtr. Jeśli warsztat to koniecznie w modnym, „instagramowym’ wnętrzu, gdzie wszystko musi dobrze wyglądać w kadrze. Jeśli przyjście na spotkanie to z obietnicą „pakietu startowego”: czyli torby pełnej gadżetów…, eleganckich notesów…, próbek kosmetyków…, wykwintnego jedzenia… Jakby sama obecność drugiego człowieka stała się czymś niewystarczającym, co trzeba najpierw ładnie opakować i sprzedać.

I co z tego zostaje po tygodniu? Jedzenie zniknie w kilka chwil. Kosmetyki i próbki wylądują na dnie szuflady, gdzie będą leżeć, aż minie im termin ważności. Modne trendy, techniki i hasła za dwa lata przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie, bo zmienią się algorytmy i przyjdzie nowa moda… A my, obwieszone tymi wszystkimi „pomocami”, wciąż możemy czuć w środku tę samą przejmującą pustkę i lęk: „Czegoś mi jeszcze brakuje. Jeszcze nie jestem wystarczająco dobra taka, jaka jestem…”.

Czego naprawdę potrzebujemy?

Prawda jest taka, że do tego, by poczuć się dobrze, bezpiecznie i prawdziwie, nie potrzebujemy całego tego „fancy” świata. Nie potrzebujemy drogich gadżetów, wyszukanej oprawy ani udowadniania komukolwiek, jak bardzo jesteśmy rozwinięte. To, czego jako kobiety naprawdę łakniemy, jest o wiele prostsze, intymniejsze i bardziej ludzkie:

Prywatności… miejsca, w którym nikt nie robi zdjęć, nie kręci rolek na pokaz i nie wystawia naszego wnętrza na widok publiczny.

Autentyczności… przestrzeni, gdzie można przyjść bez makijażu emocjonalnego, bez udawania, że ma się wszystko pod kontrolą.

Akceptacji… spojrzenia drugiej kobiety, które mówi: „Rozumiem. Nie musisz się teraz tłumaczyć”.

Zwykłej, cichej życzliwości… ciepła, które niczego w zamian nie wymaga. Nikt nic nam nie będzie sprzedawał… Nie wyskoczy za chwilę z ulotką, że ma do zaoferowania super odkurzacz… sprzęt do gotowania… suplementy diety… czy inne cuda…

Siła starych krzeseł w Zegrzu…

Kiedy myślę o tym, co ma prawdziwą wartość, zawsze wracam do mojego pierwszego kręgu kobiet, który poprowadziłam po przeprowadzce z Warszawy do Zegrza. Minęło od tej chwili już ładnych pare lat… ale… Spotkałyśmy się w starym kasynie. Pusta, chłodna sala. Zwykłe, skrzypiące, wysłużone krzesła. Zero prezentów powitalnych, zero luksusów, zero dekoracji. Poza sobą nawzajem nie miałyśmy sobie dosłownie nic materialnego do zaoferowania.

I wiecie co? Zadziała się magia. Taka prawdziwa, bez filtrów. Siedziałyśmy razem, różne kobiety, z różnym bagażem doświadczeń, i po prostu byłyśmy. Bez oceniania, bez dawania dobrych rad, bez pouczania, jak należy żyć. Było słuchanie. Było wzruszenie. Była wspólnota i ulga, że nikt z nas nie musi być idealny. To działo się wtedy w Zegrzu i dzieje się na moich kręgach do dziś… (Już nie mogę doczekać się października gdzie ruszam po przerwie do Kręgu Kobiet!). Wracam do tego wspomnienia za każdym razem, gdy świat próbuje mi wmówić, że relacje potrzebują drogiej oprawy…

Odpuścić naprawianie siebie

Może więc czas na to, by zamiast bez przerwy się rozwijać, pozwolić sobie na chwilę… odpuścić? Zwinąć nierealistyczne oczekiwania wobec siebie… Przestać traktować swoje emocje jak usterki do naprawienia… Odłożyć na bok przymus bycia silną i mądrą na każdy temat…

Bo w tej pogoni za samodoskonaleniem i niezależnością zapomniałyśmy o czymś fundamentalnym: jak bardzo potrzebujemy innych ludzi…

Byłam wczoraj w muzeum… popatrzyłam na współczesną sztukę, na te wszystkie obrazy i fotografie, które tak celnie pokazują nasz dzisiejszy świat: samotny człowiek z twarzą oświetloną niebieskim blaskiem telefonu. Albo sylwetka w oknie wielkiego, pięknego, nowocześnie urządzonego domu… a czasem w małej, ciasnej kawalerce… Niby mamy wszystko. Mamy setki kontaktów w sieci, setki polubień, setki obserwowanych profili i nieograniczony dostęp do wiedzy….

A jednocześnie bywamy przeraźliwie, po ludzku samotni…

Oddalamy się od siebie jako społeczeństwo. Budujemy mury z niezależności, zamykamy się w swoich bańkach i bezpiecznych ekranach. I dochodzi do absurdalnego momentu, w którym kobieta ma tysiące wirtualnych znajomych, a kiedy musi wyjechać na weekend, nie ma ani jednej żywej duszy w sąsiedztwie, do której miałaby na tyle zaufania, by zapukać, podać klucze i z czystym sercem poprosić: „Czy zajrzysz do mojego kota pod moją nieobecność?”.

Po co nam to wszystko? Po co nam ta cała samowystarczalność, jeśli płacimy za nią utratą więzi? Największą wartością, jaką możemy sobie dziś podarować, nie jest kolejna metoda, technika ani kolejny kurs radzenia sobie w pojedynkę. Jest nią prawdziwe spotkanie. Bycie razem w pełnej akceptacji, tu i teraz. W bezpiecznym kręgu, gdzie największym darem jest to, że ktoś cię naprawdę usłyszał, zobaczył w Twojej zwyczajności, a ty wreszcie możesz po prostu odetchnąć i poczuć, że masz na kim się oprzeć.

Bo rzeczy przeminą, algorytmy i trendy wygasną, a to, co naprawdę nas karmi i trzyma w pionie w trudnych chwilach, to proste poczucie: nie jestem sama, jestem widziana, mogę zaufać i jestem u siebie.

Zrób pierwszy krok

Gotowa/y na pierwszy krok?

Spotkajmy się w kręgu lub online. Porozmawiajmy o tym, czego potrzebujesz.